Szukając pracy nie zgub czasem samego siebie

Przyznam szczerze, że dopóki sama nie znalazłam się w gronie osób usilnie poszukujących pracy, nie zdawałam sobie sprawy, jakie to ciężkie. Jakoś nie docierało do mnie, że bezrobocie może być stanem niemającym nic wspólnego z wolnym wyborem. Do tej pory za każdym razem, kiedy pozostawałam bez pracy, była to moja decyzja i żyłam w przekonaniu, że znalezienie tej kolejnej to tylko kwestia czasu. Tak było w Polsce. Decydując się na wyjazd do Niemiec przeżyłam niemały szok. Okazało się, że nikt tam na mnie nie czeka i na nowo muszę udowadniać, że coś umiem.

Można powiedzieć, że wyjazd do Niemiec był dla mnie lekcją pokory i cierpliwości. Po prawie dwóch latach wysyłania aplikacji, w końcu udało mi się znaleźć pracę, która w jakimś stopniu odpowiada moim kwalifikacjom. Gwoli ścisłości, pracy w Niemczech zaczęłam szukać będąc jeszcze w Polsce. Dopiero po około roku zorientowałam się, że nic tak nie wskóram i zdecydowałam o wyjeździe w ciemno. Na szczęście niemal od razu udało mi się znaleźć płatny staż, dzięki któremu mogłam przeżyć w wielkim mieście i skupić się na poszukiwaniu właściwej pracy, co zajęło mi prawie rok.

Na początku nie było źle. Miałam dużo nadziei i optymizmu. Czułam, że będzie to wielkie wyzwanie i bardziej mnie to ekscytowało, niż przerażało. Wszystko uległo zmianie, kiedy na nowo zaczęłam aplikować. Moje dobre samopoczucie malało wprost proporcjonalnie do ilości otrzymywanych maili z podziękowaniem za zainteresowanie i życzeniami powodzenia w dalszych poszukiwaniach. Od razu zaznaczę, że nie byłam głupią gęsią, która nie zdawała sobie sprawy, że niemiecki rynek pracy różni się od tego polskiego. Odrobiłam zadanie domowe i tym razem, w porównaniu do tego, co było w Polsce, dowiedziałam się trochę więcej na temat rekrutacji w Niemczech. To jeszcze bardziej potęgowało moje przygnębienie, bo wkładałam w to naprawdę wiele wysiłku, a efektów nie było widać. Dodatkowo dochodziła kwestia języka, która strasznie mi ciążyła, bo nie czułam się w niemieckim zbyt pewnie.

Z czasem zaczęłam myśleć, że to ze mną jest coś nie tak, że może moje dotychczasowe doświadczenia nie są nic warte. Przeglądałam kolejne oferty i wydawało mi się, że żadna do mnie nie pasuje i do żadnej z nich się nie nadaję. Strach przed kolejnym odrzuceniem paraliżował mnie tak bardzo, że bałam się aplikować, albo robiłam to z góry zakładając, że nic z tego nie będzie. Nie pomagały też słowa wsparcia rodziny i znajomych – wobec nich też było mi coraz bardziej wstyd, bo nie chciałam, żeby postrzegali mnie w kategoriach życiowego nieudacznika.

Doszło do tego, że zaczęłam wysyłać swoje cv w miejsca, które nigdy przedtem nie przyszłyby mi do głowy. Tak się złożyło, że w odpowiedzi na jedną z tych ofert dostałam zaproszenie na rozmowę. Dodam, że była to moja pierwsza rozmowa po niemiecku, więc stresowałam się nieziemsko. Wydawało mi się, że stoję przed życiową szansą i jeśli dam plamę teraz, to widząc częstotliwość  zaproszeń na rozmowy, mogę nie mieć szansy na rehabilitację. Podczas rozmowy rekruter spojrzał na moje cv i z niedowierzaniem spytał, czy naprawdę chcę tę pracę. Od razu zaznaczył, że nie jest ona zbyt skomplikowana i po moich poprzednich stanowiskach, mogę uznać ją za mało rozwojową. Zaprzeczałam i przekonywałam go, że bardzo mi zależy. Myślę, że bez trudu zorientował się, jak bardzo byłam zdesperowana.  Miałam łzy w oczach i byłam zła na siebie, bo dotarło do mnie, że sama uwierzyłam w to, że nie stać mnie na nic lepszego. Byłam już tym wszystkim tak zmęczona, że przyjęłabym jakąkolwiek pracę, byleby tylko mieć to już za sobą.

Cała sytuacja dała mi wiele do myślenia. Zaczęłam starać się jeszcze bardziej. Po stażu chodziłam na zajęcia niemieckiego i wysyłałam kolejne oferty. Telefon odzywał się coraz częściej. Skutek był jednak wciąż ten sam – pracy nie było, a mój staż powoli dobiegał końca. Zasypiałam i budziłam się z myślą o pracy, o czasie, którego mam coraz mniej na jej znalezienie, o tym, co będzie jeśli jej nie znajdę – i tak w kółko. Raz byłam podekscytowana i cały wieczór wysyłałam swoje cv w różne miejsca, żeby kolejnego dnia stwierdzić, że całe to szukanie jest bez sensu. Bardzo chciałam znaleźć winnego całej tej sytuacji, więc wyżywałam się na kim popadnie (czyt. rodzina i – wtedy jeszcze – narzeczony). Na tej karuzeli nastrojów upłynęły mi kolejne tygodnie.

Zaczęło być tak źle, że nie cieszyło mnie już nic – nawet zbliżający się ślub. Mój narzeczony cały czas zapewniał mnie, że jakoś sobie poradzimy, ale nawet to nie było w stanie mnie uspokoić. W pewnym momencie byłam już tak emocjonalnie wyczerpana, że odpuściłam.  Postanowiłam skupić się na ślubie i zbliżającej się przeprowadzce. Chciałam dać sobie czas, trochę spuścić z tonu i po wakacjach zacząć jeszcze raz. No i wtedy wydarzył się cud. Dostałam telefon i po dwóch dniach czekałam już w holu jednej z największych niemieckich firm, gdzie miałam odbyć rozmowę o pracę. Sama nie mogłam w to uwierzyć, jednocześnie bałam się kolejnego rozczarowania. Wrażenia po rozmowie były takie sobie, więc potulnie powróciłam do myśli o chwilowym odłożeniu spraw zawodowych na bok.  Jakie było moje zdziwienie, kiedy dostałam telefon z informacją o przyjęciu. Pamiętam jak po tym, gdy odłożyłam słuchawkę, zaczęłam zastanawiać się, czy aby średnia znajomość języka nie spłatała mi figla i nie zrozumiałam czegoś opacznie.

Teraz kiedy myślę o całych tych poszukiwaniach, stwierdzam, że cały stres z tym związany był niepotrzebny. Wiem, że łatwo się mówi, kiedy jest się już po, ale na wiele rzeczy nie ma się po prostu wpływu. Czasem dobrze zrobić krok w tył, wyciszyć się i poczekać, aż rozwiązanie pojawi się samo. No dobra, w 99% przypadków pewnie nie pojawi się samo, ale i tak nie warto szarpać się z życiem za wszelką cenę. Wiem, że to trochę niemodne podejście, bo teraz promuje się raczej postawę sukcesu zdobywanego z wielkim poświęceniem. Wmawia się nam, że tylko od nas zależy to, czy go osiągniemy, czy nie, z czym nie do końca się zgadzam. Nie namawiam nikogo do zaprzestania starań, tylko do odwagi, żeby czasem odpuścić, nie tracąc przy tym marzeń i nadziei. Tak dla samego siebie i swojego dobra.

2 Replies to “Szukając pracy nie zgub czasem samego siebie”

  1. Jakbym własny pamiętnik czytała. Nie prowadzę go ale przerabiałam i trochę przerabiam to samo. Do DE przeprowadziłam się w czerwcu ubiegłego roku aby dołączyć do partnera, który -to ważne – od dwóch lat pracuje tutaj w zawodzie. Podobnie jak Ty, zaczęłam szukać pracy jeszcze będąc w Polsce, oczywiście z marnym skutkiem. Ostatecznie udało mi się znaleźć pracę po miesiącu od przeprowadzki. Niby w branży, w której pracowałam w Polsce ale na niższym stanowisku. Teoretycznie mogłabym na tym poprzestać – przecież nie pracuję fizycznie czy w magazynie pakując paczki. Ale cały czas z tyłu głowy mam myśl, że stać mnie na więcej i ja to „więcej” osiągnę.

    1. thelemontastelife says: Odpowiedz

      Super, że niemal od razu udało Ci się znaleźć pracę w zawodzie – mnie zawsze motywują takie historie, bo pokazują, że jak się bardzo chce, to da się zrobić wszystko. Trzymam też kciuki za znalezienie satysfakcjonującego stanowiska. Ja też nie do końca jestem zadowolona z tego, co teraz robię, ale nie umiem jeszcze określić, czym tak naprawdę chciałabym się zająć w życiu, więc trochę teraz pasuje, uczę się języka i czekam na to, co przyniesie los.
      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz