Styczniowe smutki i przemyślenia

Styczeń minął w zawrotnym tempie i z przykrością stwierdzam, że niewiele zostało mi z pozytywnego nastawienia, z którym witałam Nowy Rok. Nadmiar obowiązków w pracy skutecznie odciągnął mnie od większości zajęć, które sprawiają mi przyjemność. Każdy dzień był do siebie tak podobny, że myliły mi się dni tygodnia, a po powrocie do domu marzyłam tylko o szybkim prysznicu i ciepłym łóżku. Weekendy też nie były lepsze, bo ambitnie chciałam nadrobić wszystko to, czego nie udało mi się zrobić w ciągu tygodnia. W efekcie, po pierwszym miesiącu nowego roku jestem wyczerpana, a przede mną kolejnych jedenaście, więc wypadałoby wziąć się w garść.

Nie mam jeszcze pomysłu na to jak najlepiej rozwiązać tę sytuację, ale coś podpowiada mi, że problem tkwi w mojej organizacji. Mam wrażenie, że cały czas jestem czymś zajęta, ale nie widzę szczególnych efektów tych starań. Wiem, że to teraz bardzo modne być ciągle zajętym, ale szczerze powiedziawszy, z wielką chęcią powitałabym w swojej codzienności chociaż króciutką chwilę nudy. Takiej zwyczajnej nudy, której przysłowiowe zabicie oznaczałoby sięgnięcie po książkę, której nigdy nie planowało się przeczytać, tylko po to, żeby uprzyjemnić sobie jakoś czas. Kiedy parę lat temu jako studentka wracałam z domu rodzinnego do Krakowa (prawie dwanaście godzin jazdy), z rana przed wyjściem na pociąg, brałam ze sobą pierwszą lepszą książkę z regału, nie zastanawiając się zbytnio nad swoim wyborem. Tym sposobem udało mi się przeczytać mnóstwo fantastycznych książek (m.in. trafiłam na Iwaszkiewicza, który do dziś należy do moich ulubionych autorów), o których do tej pory nie miałam pojęcia.  Dziś czytanie książek to luksus, który jest możliwy tylko wtedy, gdy wkomponuję go w listę pozostałych rzeczy do zrobienia. Nie jestem z tego powodu szczęśliwa, bo czytanie z zegarkiem w ręku, to już nie to samo, co zatracenie się w losach bohaterów na całe godziny, często opłacone bezsenną nocą, ale lepsze to niż zupełny brak książek w moim życiu.

Zastanawiając się nad swoją codziennością stwierdzam, że tylko czas spędzony w aucie, w drodze do i z pracy, to tak naprawdę czas, w którym mogę pozwolić sobie na swobodne przemyślenia bez poczucia winy, że powinnam w tym czasie zająć swój umysł czymś pożytecznym. Na pocieszenie samej siebie mogę też dodać, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie byłam świadkiem tylu pięknych wschodów słońca, co w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wczesne wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną, ale odkąd codziennie wyruszam do pracy wystarczająco wcześnie, żeby ominąć korki, taki widok stał się nieodzownym elementem mojego dnia. W takich momentach mija mi cała złość na tę szarą codzienność, której przypadło mi być częścią.

Wiem, że gorsze dni zdarzają się każdemu i nie jestem jedyną, którą czasem przytłacza proza życia. To nawet budujące, że w całym wszechświecie jest nas więcej, bo oznacza, że to zupełnie normalny stan. Z drugiej jednak strony, chciałabym w końcu uporządkować swoje życie na tyle, by znaleźć w nim czas na to, co sprawia mi radość i pozbyć się wreszcie uczucia, że kolejne dni i miesiące przelatują mi przez palce, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu. Być może ten poważny nastrój ostatnich dni to tylko zimowe przemęczenie, które minie przy najbliższym słonecznym dniu. Z drugiej jednak strony, może podświadomie czuję, że nadszedł w końcu czas na zmiany?

Dodaj komentarz