Nie taka straszna emigracja, jak ją malują

Od ponad roku zasilam dość liczne grono polskich emigrantów w Niemczech i muszę przyznać, że rzeczywistość okazała się bardziej znośna od tego, co sobie na ten temat wyobrażałam.  Odkąd pamiętam, emigracja kojarzyła mi się z czymś smutnym, a sam emigrant z osobą zasługującą na współczucie, ze względu na swoje tułacze życie poza ojczyzną. Zawsze słyszałam tylko o tych, co musieli wyjechać, rzadziej o tych, co chcieli i wydaje mi się, że ta druga grupa wciąż stanowi swoisty temat tabu. Jakoś nie godzi się tak otwarcie i z zadowoleniem mówić o tym, że gdzieś indziej żyje nam się lepiej niż w Polsce. Już słyszę te wszystkie słowa oburzenia i oskarżenia o brak patriotyzmu, a przecież miłość do ojczyzny, to w moim odczuciu coś więcej niż tylko fizyczna obecność, ale o tym może innym razem.

Niemcy nie były pierwszym krajem, w którym miałam okazję mieszkać. Przedtem były jeszcze Włochy, w których studiowałam przez dwa semestry i gdzie poznałam mojego męża,  i półroczny projekt w Holandii, na który wysłała mnie moja firma z Krakowa. W obu miejscach zetknęłam się z zupełnie inną kulturą niż nasza i muszę przyznać, że czułam się tam całkiem dobrze. Zupełnie obce było mi pojęcie szoku kulturowego, a nawet jeśli ten wystąpił, była to raczej jego pozytywna forma, w której ciekawość nowego brała górę nad strachem czy dezorientacją.

Inaczej było z Niemcami. Przyznam szczerze, że nie bardzo chciałam tam jechać, mimo że powód do wyjazdu błyszczał na moim serdecznym palcu już od jakiegoś czasu. Kiedy teraz o tym myślę, kierował mną strach i to nie koniecznie ten przed nieznanym. Wstyd się przyznać, ale jedna z moich obaw związana z wyjazdem miała – delikatnie mówiąc – stereotypowe podłoże. Chyba nie muszę mówić o tym, jak postrzega się Niemców i ich stosunek wobec Polaków – wystarczy przejrzeć i poczytać sobie fora internetowe, które pełne są historii na temat złego traktowania, oszustw i poniżania ze względu na pochodzenie. Nie ukrywam, że taki obraz Niemiec mnie przeraził. Bałam się tego, jak zostanę odebrana i czy w ogóle będę miała szansę dostać jakąś porządną pracę. Dodatkowo utwierdzały mnie w tych przekonaniach moje pierwsze próby rekrutowania się i początkowe problemy ze znalezieniem mieszkania.

Dziś z perspektywy czasu widzę, jak bezzasadne były moje obawy i jak bardzo zaszkodziły mi w pierwszych miesiącach pobytu w Niemczech. Każdą porażkę widziałam tylko przez pryzmat pochodzenia, nie myśląc o tym, że istniały całkiem obiektywne przesłanki moich niepowodzeń. Dodatkowo nakręcały mnie internetowe historie anonimowych osób, którym się nie powiodło, odbierając mi tym samym nadzieję na własny sukces, bo niby dlaczego to mnie miałoby się udać? Na całe szczęście miałam przy swoim boku cudownego mężczyznę, który nawet przez chwilę nie zwątpił w to, że mi się uda i mobilizował do kolejnych prób. Dopiero z jego wsparciem i przy całkowitym odcięciu się od internetowych grup w stylu „Polacy w…” zaczęłam dostrzegać, że są też inni – na pierwszy rzut oka mniej widoczni – imigranci, którzy radzą sobie całkiem nieźle, tak prywatnie, jak i zawodowo. Daleka jestem od tego, żeby faworyzować kogoś tylko dlatego, że pochodzi z tego samego kraju, co ja, ale zawsze cieszy mnie, kiedy widzę świetnie radzących sobie Polaków, w których nie ma nawet cienia poczucia niższości wobec osób innych nacji.

Wracając do samych Niemiec, mam wrażenie, że ciężko znaleźć inny kraj, w którym podejście do osób innych narodowości byłoby tak nienaznaczone uprzedzeniami. Być może dlatego, że są już przyzwyczajeni do dużej liczby imigrantów i nie robi to na nich większego wrażenia. Idąc ulicą i rozmawiając z moim mężem po angielsku czy włosku nie czuję, żebyśmy wzbudzali jakieś zainteresowanie, czego niestety nie mogę powiedzieć o moim rodzinnym mieście w Polsce. Gwoli ścisłości, nie przeszkadza mi ciekawość, bo ta jest naturalna, bardziej mam na myśli wrogie spojrzenia i komentarze. Pod tym kątem w Niemczech żyje mi się naprawdę dobrze i zadziwia mnie to, że z każdym miesiącem czuję się tu coraz lepiej. Nie inaczej jest też w pracy – jak dotąd nigdy nie zdarzyła mi się jakaś przykra sytuacja, która wynikałaby z faktu, że jestem Polką. Co więcej, powiedziałabym, że akurat w mojej firmie pochodzenie nie gra dużej roli i obcokrajowcy stanowią dużą część zatrudnionych, także na kierowniczych stanowiskach.

Nie jest oczywiście tak, że za Polską nie tęsknie. Tęsknie i to bardzo, i nie wydaje mi się, że może się to kiedyś zmienić. W Polsce się wychowałam, skończyłam studia i weszłam w dorosłość – jednym słowem, ten kraj mnie ukształtował. Co więcej, w Polsce mieszka moja rodzina i przyjaciele, i mimo tego, że staram się przyjeżdżać tak często, jak tylko mogę, zawsze będę miała niedosyt tych spotkań. Patrzę na dzieci mojego brata i wiem, że w ich świadomości zawsze będę tylko ciocią, mieszkającą za granicą, którą widzą od święta, a nie taką, jak moja siostra, która zawsze będzie obok i nie ukrywam, że jest mi z tego powodu przykro. Z takich przyziemnych rzeczy brakuje mi wyjść do kina (w Niemczech wszystko jest dubbingowane, a nie znam jeszcze tak dobrze języka), tego, że w radiu nie usłyszę polskiej piosenki, a w sklepie nie pożartuję sobie z panią kasjerką, bo językowo jeszcze mnie to przerasta. Jednym słowem brakuje mi tych wszystkich małych rzeczy i gestów, z których będąc w Polsce nie zdawałam sobie sprawy, a które sprawiały mi czasem radość.

Mimo wszystko decyzję o wyjeździe zaliczyłabym do tych dobrych. To właśnie tu, w Niemczech, udało mi się znaleźć rozwiązanie mojej sytuacji życiowej i z ciekawością patrzę na to, co przyniesie mi przyszłość. Nie wiem, czy już zawsze będziemy tu mieszkać, ale wiem, że emigracja mnie już nie przeraża.

6 Replies to “Nie taka straszna emigracja, jak ją malują”

  1. Znam, rozumie, przerabiałam – może wszystko poza tą obawą, bo jestem z gatunku ciekawych nowego i nie dostrzegających, że coś może pójść nie tak. No i ta tęsknota za Polską. Wstyd się do tego przyznać ale nie brakuje mi samego kraju. Owszem – rodziny, znajomych, niektórych smaków. Ale samego kraju…chyba niekoniecznie.

    1. thelemontastelife says: Odpowiedz

      Zazdroszczę takiego podejścia, bo ja zawsze mam milion obaw i myślę o tym, co może się nie udać – na szczęście moja druga połówka to kompletne przeciwieństwo i zdarzają się momenty, w których i mi udziela się trochę tego entuzjazmu. A z tą Polską mam często tak, że jak jestem daleko, to tracę trochę obiektywizm i tęsknię bardziej za obrazkiem w mojej głowie, niż za tym, jak jest w rzeczywistości.

  2. Dobrze, że piszesz o tej jasnej stronie emigracji oraz o tym, że nie zawsze wyjeżdża się, bo pojawia się przymus…Czasami po prostu jest taka chęć i możliwości. Z tym stereotypowym podejściem do Niemców niestety mam podobnie, obawiam się, ze z podobnych powodów byłabym negatywnie nastawiona…na początku

    1. thelemontastelife says: Odpowiedz

      Myślę, że stereotypy na ogół komplikują nam życie. Jak człowiek sobie wbije coś do głowy, to potem ciężko być otwartym na innych i nowe doświadczenia, bo zawsze upatruje się w nich jakiegoś podstępu albo potwierdzenia tych uprzedzeń.

  3. Mnie smucą tylko ten typ emigrantów, jak np. robotnicy wyjeżdżający do Niemiec. Bez wykształcenia, bez języka, zdani na jakieś agencje, którzy zarabiają niby więcej niż w Polsce, ale mniej niż by mogli, a rodziny widzą raz w tygodniu, jeżeli mieszkają przy granicy. Mój brat kiedyś złapał takich na stopa w Niemczech i wracał z nimi do Polski – mówił, że ich opowieści naprawdę go dobiły, i że to bardzo bezsensowne życie.
    Sama postrzegam emigrację jako coś dość normalnego, nie jest to u nas temat tabu. Tak samo jak języki – na mojej uczelni słychać ich naprawdę sporo, zaczynając od starożytnej greki i na japońskim kończąc, więc jestem przyzwyczajona i czasami po angielsku wyjaśniam drogę. Boję się jednak, żeby ktoś z moich przyjaciół nie wyjechał za granicę na stałe, to byłoby smutne. Sama nigdy nie wyjadę, związałam się z tym językiem i kulturą moimi studiami, i za granicą nie mogłabym pracować w zawodzie, nie miałabym kontaktu z językiem, miałabym utrudniony dostęp do literatury… A co to jest za życie. Czytanie w żadnym innym języku nie ma dla mnie takiej wartości jak po polsku, nie rozumiem żadnej zagranicznej poezji. Nowości kulturowe mogę poznawać na wakacjach, ale do zwykłego życia potrzebuję Polski i nie żałuję tego przywiązania do kraju.

    1. thelemontastelife says: Odpowiedz

      Zgodzę się z Tobą, że historie niektórych osób na emigracji są bardzo smutne i przygnębiające. Mnie np. bardzo ruszyło, kiedy trafiłam na taką grupę internetową młodych kobiet, które kończyły w Polsce studia, wyjechały do Niemiec, są tam już od kilku lat i zajmują się głównie sprzątaniem na czarno albo pracą na taśmie w jakiejś firmie produkcyjnej. Nie chcę być zrozumiana źle i nie uważam, żeby cokolwiek w tych zawodach było uwłaczającego. Przykre dla mnie jest tylko to błędne koło, bo w takiej pracy ciężko nauczyć się języka, a bez języka trudno ruszyć dalej i znaleźć coś lepszego w wyuczonym zawodzie. Tak mijają im lata, a później jest impas – bo kiedy chcą wrócić i pracować w kraju, to nagle okazuje się, że muszą zacząć od zera, bo po takim czasie ten ich dyplom, niepoparty żadnym doświadczeniem, niewiele jest wart, a z drugiej strony zostać za granicą i ciągle pracować ciężko fizycznie, też nie wydaje się dobrym rozwiązaniem.

      Jeśli chodzi o taki wyjazd „na zawsze”, to wciąż mam różne obawy i nie ukrywam, że tęsknie za Polską. To fakt, że kontakt z językiem jest ograniczony i być może dlatego piszę tutaj, żeby być choć trochę bliżej niego 🙂 Z czytaniem, nie jest aż tak źle – przy każdej wizycie w Polsce robię sobie zapas literatury, a jak coś potrzebuję na już, to używam czytnika Kindle (z początku narzekałam, bo zdecydowanie bardziej lubię papier, ale jak się nie ma, co się lubi…). Brakuje mi tylko fizycznych wypadów do księgarni, bo np. w Krakowie miałam swoje ulubione miejsca, gdzie zawsze coś znalazłam, a tutaj i tak nie ma to większego sensu, bo za słabo znam jeszcze niemiecki (do tej pory przemęczyłam tylko jedną książkę, „Lektora” B. Schlinka i ratowało mnie głównie to, że widziałam już ekranizację, więc nawet jak nie do końca zrozumiałam, to wiedziałam, co ma się stać). Muszę jednak powiedzieć, że życie za granicą nie jest aż takie straszne i da się do niego stopniowo przyzwyczaić.

Dodaj komentarz