Lutowe refleksje

Kolejny miesiąc mija w zawrotnym tempie. Trochę mi szkoda lutego, bo zupełnie stracił swą autonomię, stając się w odczuciu wielu tylko przedłużeniem stycznia. Nikt go jakoś nie dostrzega. No może jeszcze o walentynkach coś się mówi, a potem to już słabiutko. Każdy już myśli tylko o wiośnie, wzdycha i odlicza dni do jej początku. Zupełnie nie docenia się tego, że to właśnie ten niepozorny luty przyniósł nam prawdziwą, białą i mroźną zimę, o której co roku marzymy, a gdy ją już dostaniemy, jakoś przestaje się nam podobać. Nagle okazuje się, że jest zupełnie niepraktyczna, bo trzeba auto odśnieżyć, bo marzną ręce i w ogóle jest tak jakoś nieprzyjemnie. Jednym słowem zima sprawdza się tylko na zdjęciach. Szczególnie na takich, do których można zapozować w fajnym wełnianym swetrze z kubkiem ciepłej herbaty.

Czasami zastanawiam się nad tym, ile tak naprawdę jest życia w życiu, a ile w tym wszystkim pozy, czy wyobrażeń o tym, jak to życie powinno wyglądać. Sama łapię się na tym, że prawie nigdy nie jestem zadowolona z tego, jak jest i dopiero z perspektywy czasu określam jakiś moment jako „szczęśliwy”. Idąc dalej tym tropem, mogłabym stwierdzić, że rzadko kiedy doświadczałam szczęścia świadomie. Interesowała mnie zawsze przyszłość, a kiedy ta zmieniała się w teraźniejszość, traciłam całe nią zainteresowanie. Tak jakby to, co tu i teraz nie miało znaczenia, bo trzeba przede wszystkim przygotować się na to, co dopiero ma nadejść. To trochę jak z tą zimą, której się wyczekuje, a jak już przychodzi, to podważa się jej sens i myślami wybiega do wiosny.

Nie wiem skąd bierze się ta niepisana wyższość przyszłości nad stanem obecnym. Może z tego, że łatwiej żyć planami i nadzieją, niż świadomością, że niewiele możemy zmienić w zwykłym dziś. Przyszłość to tajemnica, oczekiwanie i obietnica czegoś lepszego. Teraźniejszość przy niej to odarta ze złudzeń, szara codzienność, której ciężko nas czymś zaskoczyć. W teraźniejszości też ciężej się odnaleźć, bo trzeba się zmierzyć z tym, co realne i co się już dokonało. Z kolei przyszłość potrafi dać czasem złudne wrażenie, że można na nią wpłynąć, nawet wtedy, kiedy wszystko zdaje się oczywiste i nieuniknione.

Nie będę udzielać żadnych rad, bo sama jestem więźniem przyszłości, który zamiast skupić się na tym, co ma, ciągle myśli o tym, co mógłby mieć. Bycie ambitnym i planowanie nie są niczym złym, ale warto czasem dostrzec to, co jest tak blisko i spotyka nas każdego dnia, a często umyka gdzieś niezauważone w prozie życia. Z takim nastawieniem powiem jedno. Nie czekam na wiosnę, tylko cieszę się – wciąż przecież trwającą – zimą.

 

Na koniec jeszcze piękna zima z mojego okna:

Dodaj komentarz