Lektury nadobowiązkowe #4, maj i czerwiec

Luk-triumfalny-erich-maria-remarque

Początek lipca przyniósł mi małe czytelnicze rozczarowanie. Przez ostatnie dwa miesiące starałam się czytać jak najwięcej i nie rozstawałam się z czytnikiem. Chciałam wykorzystać każdy nadarzający się moment na lekturę i przekroczyć w końcu moją miesięczną średnią, czyli dwie przeciętnej grubości książki. Tak więc czytałam w kolejce do lekarza, czekając na mojego męża, aż wyjdzie z pracy i w każdym innym momencie, w którym normalnie sięgnęłabym po telefon. Myślałam, że tak „zaoszczędzony” czas uda mi się przełożyć na książki, ale niestety coś nie zadziałało. Kiedy przyszło do podsumowania, okazało się, że w tym czasie przeczytałam… tylko cztery książki, a więc wcale nie więcej niż w poprzednich miesiącach, kiedy nie robiłam nic i czytałam tylko wtedy, gdy naszła mnie na to ochota. No cóż, wiem, że nie o ilość tu chodzi, ale i tak mam mały niesmak, więc może przejdę do tego, co trafiło w moje ręce w maju i czerwcu.

„Łuk Triumfalny”, Erich Maria Remarque

Autora „Łuku Triumfalnego” odkryłam całkiem przypadkiem, szukając książki, którą mogłabym przeczytać po niemiecku. Stwierdziłam jednak, że nie poradzę sobie z taką objętością w języku, którego wciąż się uczę, ale opis na okładce zainteresował mnie na tyle – niecodziennie czyta się o tych Niemcach, którzy w czasie wojny sprzeciwiali się reżimowi  –  że zdecydowałam się na polskie wydanie.

Akcja powieści rozgrywa się na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Głównym bohaterem jest Ravic – Niemiec, z zawodu lekarz, który po swoich doświadczeniach na frontach pierwszej wojny światowej, nie che mieć nic wspólnego ze swoją ojczyzną, dlatego jako nielegalny uchodźca ukrywa się w Paryżu. W każdej chwili grozi mu deportacja, mimo to nie przestaje pracować jako chirurg. Oczywiście nie robi tego oficjalnie, ale nie przeszkadza to jego niezbyt utalentowanym pracodawcom w zlecaniu mu najcięższych przypadków. Względnie bezpieczny Paryż nie jest jednak w stanie wymazać z pamięci Ravica zła, jakiego doświadczył podczas wojny. Kolejne informacje na temat napięć politycznych w Europie tylko podsycają jego lęk przed kolejnym, nieuchronnie zbliżającym się konfliktem zbrojnym. Jednak to nie wybuch wojny burzy spokój Ravica – na jego drodze pojawia się miłość i szansa zemsty.

Na początku historia wydawała mi się bardzo ciekawa. Nie przeszkadzały mi rozbudowane wywody głównego bohatera i miałam nawet wrażenie, że trafiłam na coś oryginalnego. Duże nadzieje wiązałam z wątkiem miłosnym, ale niestety się przeliczyłam. Zapowiadana zemsta też była słaba i wydaje mi się, że można było lepiej rozegrać ten wątek. Szkoda, bo mogło być naprawdę nieźle, a tak zostaję z niedosytem i wrażeniem, że autorowi zabrakło trochę pomysłu na pociągnięcie całej historii.

„Sońka”, Ignacy Karpowicz

Trochę żałuję, że kupiłam tę książkę w wersji elektronicznej. Karpowicz w jednym z wywiadów przyznał, że sam zdecydował o tym, jak książka ma wyglądać – trochę w starym stylu, dość skromna okładka, za to wnętrze bardzo eleganckie  –  papier w kolorze écru o odpowiedniej grubości. Z ciekawości wybrałam się do księgarni, żeby ją sobie obejrzeć i podotykać – no i faktycznie robi wrażenie. Żałuję, że nie wytrzymałam tych kilku tygodni i nie kupiłam jej, kiedy byłam w Polsce, bo miło byłoby cieszyć oko takim okazem na regale. Nic na to nie poradzę, że daleko mi do minimalizmu i lubię posiadać fizyczne przedmioty, a czytnik odbiera mi trochę z tej radości.

Wracając do książki, tytułowa Sońka to staruszka mieszkająca wraz z kotem, psem i krową w maleńkiej podlaskiej wsi. Wspomniani lokatorzy to tak naprawdę jedyni towarzysze kobiety, której „życie skończyło się, zanim się zaczęło”. Sońka w młodości przeżyła romans z niemieckim żołnierzem, co miało już zawsze rzutować na jej dalszych losach. Staruszka żyje tylko tym wspomnieniem i kiedy nadarza się okazja, by podzielić się nim z kimś spoza jej codzienności, nie waha się tego zrobić, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz w jej życiu. Powiernikiem historii Sońki zostaje Igor-Ignacy –  reżyser teatralny, którego auto odmawia posłuszeństwa i tak dochodzi do spotkania tych dwojga. Igor od razu poznaje się na historii kobiety i chce przełożyć ją na sztukę teatralną. Tyle w skrócie, jeśli chodzi o fabułę.

Ciężko mi ubrać w słowa wrażenia, jakie wywarła na mnie ta książka. Nie jest to jedna z tych historii, która z patosem opowiada o tym, co zdarzyło się podczas wojny. To tak naprawdę historia kobiety, którą los nieźle przeczołgał, dał też co prawda miłość, ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, jak Sońka to wszystko przyjmuje – wszystko, co się jej przydarza, uważa za element życia, na jej nieszczęście życia w czasie wojny. Pozwolę sobie zatem na stwierdzenie, że „Sońka” to poprostu piękna powieść, w której przeszłość spotyka teraźniejszość, i nie do końca powinno do tego dojsć, bo czasem to, co było należy zostawić w spokoju. „Sońki” nie da się czytać bez emocji i tego właśnie szukam w książkach – czegoś, co mnie ruszy i o czym będę myśleć przez kolejne tygodnie. Tym, co jeszcze nie mieli okazji przeczytać, zdecydowanie polecam.

„Paw królowej”, Dorota Masłowska

W ramach mojego nadrabiania zaległości w znajomości twórczości współczesnych polskich autorów, postanowiłam sięgnąć po Masłowską. Oczywiście samą autorkę kojarzyłam już wcześniej, ale nie miałam jeszcze okazji przeczytać żadnej z jej książek i chyba trochę się tego obawiałam. Miałam swoje podejrzenia co do tego, jaki rodzaj literatury uprawia i że to nie do końca styl, który mi odpowiada. Mimo to starałam się podejść do całej sprawy bez uprzedzeń i muszę przyznać, że wyjście z mojej literackiej strefy komfortu okazało się całkiem przyjemne.

„Paw królowej” to opowieść o płytkim światku warszawskich celebrytów, w którym każdy stara się odnieść sukces, prześcigając się w sposobie zdobycia popularności. Tak więc mamy muzyka Stanisława Retro, którego sława już przygasa i uratować ją mają wyznania o rzekomym homoseksualizmie; jego dziewczyna Anna Przesik, która wykorzystując swoje pięć minut po wypadku, zostaje „poetką-neolingwistką”; sprzedawczyni Katarzyna Lep, która przyjeżdża do Warszawy, bo też chce sławy, ale ląduje w sklepie; niezbyt urodziwa Patrycja Pitz, która marzy o miłości, ale ze względu na swoją brzydotę nic z tego nie wychodzi. Pojawia się tam też sama Masłowska – zapomniana pisarka z jednym sukcesem na koncie, która zazdrości innemu autorowi i przyjmuje wszystko to, co jej proponują. Cały ten miszmasz kierowany jest przez Szymona Rybaczko – menedżera, który dla promocji i finansowych korzyści nie waha się przed niczym.

To, co najbardziej zaintrygowało mnie w tej książce, to język. Stylizowany na hiphopowe rymy tekst, na początku wydał mi się dziwny. Nie ukrywam, że w pierwszym momencie miałam mieszane uczucia, ale z każdą kolejną stroną wszystko zaczynało nabierać sensu i układać się w mojej głowie. Dopiero wtedy zaczęłam widzieć coś więcej w historii napisanej przez Masłowską. Moim zdaniem w całej tej dość groteskowej fabule, udało jej się wpleść dużo prawdy o ludziach i ich pragnieniach. Powiem szczerze, że mam ochotę na jeszcze więcej Masłowskiej i chyba pokuszę się o jej nową książkę „Inni ludzie”.

„Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, Stepehn King

Wstyd się przyznać, ale mój pierwszy raz z  Kingiem to właśnie ta książka. Oczywiście znam i widziałam filmy na podstawie jego powieści, ale jakoś nigdy nie zdarzyło się, żebym po nie sięgnęła. Jako że pisanie siedzi gdzieś w mojej głowie i czeka na swój czas (co świetnie widać po systematyczności dodawanych przeze mnie treści), zaciekawiło mnie, co ma na temat do powiedzenia zawodowiec, spod którego pióra wychodzą same bestsellery.

Uważam, że King celnie opisuje to, co składa się na dobrego pisarza i obala ciągle krążący mit o tym, że jest to grupa naznaczona talentem już od narodzin. Autor wprost pisze o tym, że jest to ciężka praca i tylko nieliczna grupa geniuszy, może pozwolić sobie na pisanie świetnych powieści bez wcześniejszych prób, ćwiczeń i nauki. Dla normalnego śmiertelnika jest to proces, którego nie da się przeskoczyć i pomocna może być tu tylko wytrwałość. Dodatkowo wymienia szereg uwag popartych przykładami, dzięki którym można polepszyć własne pisanie.

Dużą część książki zajmują wspomnienia o pisarskich początkach samego Kinga i dopiero tutaj widać, że jego droga na szczyt nie była wcale prosta, jak wydaje się wielu. Ciężko zapracował sobie na swoją pozycję – czasem był to przypadek i odpowiedni ludzie, ale w większości była to ciężka praca bez gwarancji powodzenia. Autor nie pomija też opisu chwil zwątpienia, w których był bliski porzucenia swojej pasji. Myślę, że to świetny przykład dla wszystkich tych, którzy też czasem nie wierzą w swoje siły i nie odniosłabym tego tylko do pisania. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję, chociażby dla samej biografii autora.

2 Replies to “Lektury nadobowiązkowe #4, maj i czerwiec”

  1. 1) Faktycznie „Sońka” na papierze robi wrażenie, ale nie dziwię się, że nie mogłaś powstrzymać się przed zakupem e-booka. Też tak mam, kiedy chcę coś bardzo przeczytać – wizja wybrania się po książkę do księgarni na drugi dzień jest dla mnie niewyobrażalna. Muszę mieć książkę tu i teraz.

    2) Polecam „Między nami dobrze jest” Masłowskiej. W ogóle tę pisarkę wolę w gatunkach dramatycznych lub publicystycznych niż w powieściach.

    3) W takim razie to teraz ja będę ostatnią osobą na ziemi, która nie przeczytała jeszcze żadnego dzieła Kinga 🙂

    1. thelemontastelife says: Odpowiedz

      Nie pamiętam już kiedy ostatni raz czytałam dramat, chyba jeszcze w liceum, ale mam taką ochotę na coś nowego, że na pewno skuszę się na Masłowską. Dzięki za polecenie!
      Zostając w temacie rekomendacji, ciągle chodzi mi po głowie „Czarna” Kuczoka, którą polecałaś na swoim blogu – w komentarzach dużo osób pisało, że książka jest świetna, ale postanowiłam sobie, że poczekam do jesieni i kupię papierową wersję, bo mimo wszystkich zalet czytnika, stęskniłam się już za zwykłą książką.

Dodaj komentarz