Lektury nadobowiązkowe #3, „Ciemno, prawie noc” J. Bator

Pisałam niedawno o tym, że bardziej od popularnych książek ostatnich sezonów, wolę sięgać po te, które już mam, i które cierpliwie czekają na swój renesans po wielu latach zalegania w domowej biblioteczce. Odwiedzając w kwietniu dom rodzinny, wzięłam ze sobą kilka takich okazów, ale dopiero teraz zorientowałam się, że prawie wszystkie dotyczą wojny, okupacji i innych nieszczęść. Po ostatniej lekturze „Pięciu lat kacetu” S. Grzesiuka potrzebuję przerwy od tematyki wojennej. Książka wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, że od kilku tygodni śnią mi się głównie obozy koncentracyjne i esesmani w zielonych mundurach. Do tego cały czas jadłabym chleb, o którego deficycie  Grzesiuk pisał niemal na każdej stronie, stąd być może i mnie udzielił się ten wilczy głód. Jednym słowem książka pochłonęła mnie bez reszty i szukałam czegoś, co wyciągnie mnie z tego stanu przygnębienia. No i trafiłam kulą w płot.

O Joannie Bator słyszałam już nie raz, ale jakoś nigdy nie złożyło się, żebym sięgnęła po jej książkę. Owszem, była gdzieś na mojej liście autorów do przeczytania – ostatnio doszłam do wniosku, że należałoby zapoznać się też ze współczesną literaturą polską – ale były to bliżej nieokreślone plany na przyszłość. Będąc ostatnim razem w księgarni, nawet zawędrowałam do regału z polską literaturą i autorami zaczynającymi się na „B”, ale summa summarum wyszłam stamtąd z dwoma tytułami Katarzyny Bondy, której jak dotąd też jeszcze nie czytałam, a która wzbudziła moją sympatię w jednym z wywiadów.

Wracając do Joanny Bator, nie wiem czemu akurat teraz zdecydowałam się po nią sięgnąć. Chciałam czegoś innego i właśnie ta autorka przyszła mi do głowy. W internetowej księgarni szybko przejrzałam opisy jej książek i wybrałam „Ciemno, prawie noc”, za którą autorka otrzymała Nagrodę Literacką Nike. Nigdy nie kierowałam się przyznanymi nagrodami w wyborze książki, ale tym razem chciałam zobaczyć, czym tak bardzo zachwyciło się jury i nie ukrywam, że po dość prostym języku Grzesiuka, miałam ochotę na literaturę z prawdziwego zdarzenia, z wyszukanymi porównaniami i metaforami. Nie, żebym książkę Grzesiuka uważała za literaturę gorszego sortu, ale jak już napisałam, potrzebowałam czegoś zupełnie innego, co pozwoliłoby mi, choć na chwilę zapomnieć o tym, co tam przeczytałam.

Jeśli czyta to ktoś, kto miał już styczność z „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator, pewnie zrywa boki ze śmiechu i zastanawia się jakim cudem, po przeczytaniu opisu książki, zdecydowałam się na nią jako remedium na mój ówczesny stan. Ja sama tego nie rozumiem, bo pojawiło się tam niemal wszystko to, przed czym chciałam uciec, a więc wojna, więźniowie, przemoc, gwałty, samobójstwa a do tego zło, które jest jak najbardziej realne i na dodatek dotyka bezbronnych dzieci. Joanna Bator ubrała to wszystko w trafne słowa i bardzo obrazowe metafory, których tak bardzo sobie życzyłam, i które de facto dostałam.

W skrócie, główną bohaterką powieści jest Alicja Tabor i to z jej perspektywy poznajemy całą historię. Alicja jest dziennikarką ogólnopolskiej gazety, która wraca do rodzinnego Wałbrzycha, żeby napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Na miejscu musi zmierzyć się nie tylko z historiami zaginięć, ale przede wszystkim z własną przeszłością. Odkrywa skrywane dotąd rodzinne tajemnice i dowiaduje się szokujących rzeczy na temat najbliższych jej osób. Jednocześnie stara się rozwiązać zagadkę zaginięć i dziwnych wydarzeń, które mają miejsce w Wałbrzychu. Alicja jako dziennikarka jest bardzo dociekliwa i skrupulatna – nic nie umyka jej uwadze, do tego dochodzi jeszcze uderzająca odwaga, której nie powstydziłby się największy osiłek. Pikanterii dodaje też na szybko zawiązany romans z bratankiem sąsiada. Jednym słowem jest tu wszystko.

Mnie postać Alicji nie przekonała – z jednej strony bardzo racjonalna w swoich przemyśleniach, z drugiej zbyt lekkomyślna jeśli chodzi o działanie i stawianie siebie w ryzykownych sytuacjach. Mimo wszystko chylę czoła przed autorką, bo stworzyła postać, którą nie bardzo polubiłam, ale od której nie mogłam się oderwać i kibicowałam jej do samego końca. W książce nie brakowało też dosadnych opisów zła, które wydawały mi się zbyt dosłowne i wolałabym ich nie czytać – myślę, że pewne fragmenty można było ująć inaczej, ale zakładam, że to szokowanie słowem było zamierzone. Rozczarowało mnie trochę zakończenie, bo spodziewałam się rozwiązania z impetem – czegoś, co połączyłoby wszystkie elementy przewijające się przez książkę w logiczną całość, tak jak w dobrym kryminale gdzie autor nienachalnie podrzuca wskazówki, które stają się jasne dopiero na końcu. Tymczasem zakończenie było wzięte jakby spoza tego, co działo się do tej pory i jakoś nie pasowało mi do całości. Muszę jednak przyznać jedno – mimo że wiele elementów w książce mi się nie podobało, to czytałam ją z wielkim zainteresowaniem. Duże wrażenie zrobiły na mnie opisy Wałbrzycha i Zamku Książ, przez co sama zaczęłam szukać dodatkowych informacji i zdjęć tych miejsc.

Podsumowując, książka jak najbardziej zaspokoiła mnie literacko. Joanna Bator bardzo sprawnie posługuje się słowem i potrafi świetnie opisywać, a nie tylko nazywać, przez co łatwo wczuć się w klimat powieści. Na pewno sięgnę jeszcze po którąś z jej pozycji – szczególnie intrygująca wydaje mi się ta o Japonii, bo od dawna planujemy z mężem wyjazd do tego kraju. Ogólnie uważam, że książka jest godna polecenia, choć nie jest to raczej lektura na poprawę humoru. Zdecydowanie nie jest to najlepszy wybór dla wrażliwców.

Dodaj komentarz