Lektury nadobowiązkowe #2, czyli „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka

Wybierając książki do czytania, rzadko kiedy decyduję się na nowości wydawnicze. O wiele chętniej sięgam po pozycje z domowych zbiorów, które kiedyś należały do moich dziadków, prawdziwych bibliofilii. Tym sposobem nie raz w moich rękach znalazła się literacka perełka, o której w innych okolicznościach pewnie nie miałabym pojęcia. Tak było m.in. z „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka. O książce usłyszałam przypadkowo w audycji radiowej, gdzie mówiono o jej reedycji i dopiero wtedy dotarło do mnie, że gdzieś już ten tytuł widziałam. Nie myliłam się i po przejrzeniu domowych zbiorów, udało mi się ją znaleźć. Co prawda w kawałkach i z widocznymi znakami użytkowania – moje wydanie jest z 1987 roku – ale nie miało to najmniejszego znaczenia.

Zanim przejdę do omówienia„Pięciu lat kacetu”, wypadałoby przybliżyć sylwetkę Stanisława Grzesiuka, który pewnie nie wszystkim jest znany. Sama przyznam, że przed przeczytaniem książki i późniejszą lekturą artykułów na jego temat, nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Grzesiuk zdobył sławę w pierwszych latach po wojnie jako muzyk. Jego znakiem rozpoznawczym była bandżola i repertuar, na który składały się warszawskie przyśpiewki i własne kompozycje utrzymane w podobnym klimacie. W związku z jego dużą popularnością zaczęto nazywać go bardem Warszawy lub bardem z Czerniakowa, od nazwy dzielnicy, w której się wychował. Przypisuje mu się spopularyzowanie folkloru ulicznego, z którego również dziś czerpie wielu muzyków. Tyle w skrócie, jeśli chodzi o Grzesiuka-muzyka.

Grzesiuk-literat narodził się w 1958 roku wraz z publikacją książki „Pięć lat kacetu”, w której zawarł swoje doświadczenia obozowe – w tym wypadku okres pięciu lat, między kwietniem 1940 a majem 1945 roku. W tym czasie autor przebywał aż w trzech obozach koncentracyjnych, kolejno w Dachau, Mauthausen i Gusen. Do pierwszego z nich trafił mając zaledwie 22 lata – w normalnych, nienaznaczonych wojną warunkach jest to wiek pełen beztroski, dla Grzesiuka był to okres codziennej walki o przetrwanie. Opisuje on ze szczegółami obozową codzienność – poranne apele, morderczą pracę, wszechobecny głód, złe warunki mieszkalne, brak odpowiedniej odzieży i ciągły strach o utratę życia. Sam Grzesiuk przyjął dość ciekawą strategię, która miała mu zapewnić przetrwanie, o czym najlepiej mówi fragment:

„Podstawą życia w obozie było, w moim pojęciu, maksymalne miganie się od pracy oraz organizowanie jedzenia, a w zasadzie można to ująć w jedno zdanie – postępować przeciw wszystkim zarządzeniom władz obozowych (…)”.

Takie podejście nie raz przysporzyło mu kłopotów, ale okazało się skuteczne – Stanisław Grzesiuk był jedną z nielicznych osób, które przetrwały w obozie tak długo. Należy tu podkreślić, że uzyskał on wolność dopiero w momencie wyzwolenia obozu w Gusen w maju 1945 roku , a więc skutecznie umykał śmierci praktycznie do samego zakończenia II wojny światowej.

Oprócz obozowych warunków życia, autor dość wnikliwie opisuje relacje w nich panujące, zarówno te między współwięźniami, jak i te pomiędzy osadzonymi a ich przełożonymi. W tym momencie książka staje się bardzo kontrowersyjna, bo Grzesiuk nie bał się poruszyć tematów trudnych, o którym mam wrażenie, wciąż nie wypada mówić w kontekście obozów koncentracyjnych. Przywykliśmy do historii, w których na pierwszym planie jest heroizm osadzonych. Grzesiuk obnażył ułomność ludzkiej natury, której czasami daleko jest do bohaterstwa. Stąd nie brakuje tu opisów donosicielstwa w zamian za dodatkowe korzyści, kradzieży jedzenia i ubrań od innych współwięźniów, różnego rodzaju zatargów i bijatyk, które nie omijają samego autora. W tym wszystkim dość dobrze odnalazł się Grzesiuk ze swoją łobuzerską przeszłością – nie dał sobą pomiatać i co najważniejsze, umiał zawalczyć o swój interes. Wykorzystał też posiadane przez siebie talenty i zjednał sobie wiele osób swoją muzyką.

Kolejnym kontrowersyjnym tematem, o którym praktycznie się nie mówi, a który został poruszony we wspomnieniach autora, jest homoseksualizm w męskich obozach koncentracyjnych. Według Grzesiuka nie była to sprawa marginalna. W wielu przypadkach dochodziło też do prostytucji, na którą godzono się, żeby zapewnić sobie lepsze warunki bytowe.

Nie jest jednak tak, że autor wyciąga na światło dziennie tylko i wyłącznie najgorsze strony ludzkiej natury. Wiele z przytoczonych przez niego historii pokazuje, że nawet w tak ciężkich warunkach, można było liczyć na bezinteresowną pomoc. Autor wielokrotnie wymienia nazwiska tych, którzy pomogli mu w tym okresie i wprost pisze, że gdyby nie to wsparcie, prawdopodobnie nie przeżyłby.

Bardzo ciekawe jest to, że Grzesiuk opisał swoje życie w obozie, bez typowego dla tego zagadnienia patosu, co już samo w sobie może być zaskoczeniem dla czytelnika. Książka napisana jest dość prostym językiem, w opisach niektórych zdarzeń nie brakuje humoru i brawury. Nawet śmierć nie stanowi tu żadnego sacrum. Pisze się o niej często bez żadnych emocji, dając do zrozumienia, że w obozowej rzeczywistości, w której można było zginąć z nawet najbardziej błahego powodu, śmierć już nie szokuje. Wręcz przeciwnie jest elementem codziennego życia, tak jak ciągłe apele czy ciężka praca.

Według mnie jest to jedna z najciekawszych książek pokazujących realia panujące w obozach koncentracyjnych. Być może ma na to wpływ postać samego autora, który był naocznym świadkiem wielu z opisanych wydarzeń, przez co całość zyskuje na autentyczności. Oczywiście można dyskutować, czy faktycznie wszystkie przytoczone historie przytrafiły się Grzesiukowi – czytając różne artykuły, spotkałam się z zarzutami, jakoby autor miał przywłaszczyć sobie wspomnienia innych osób. Nawet jeśliby tak było, uważam, że nie umniejsza to w żadnym wypadku wydźwiękowi książki i temu, jakie emocje wywołuje. Obraz wojny i związanego z nią terroru powoli rozmywa się w świadomości wielu, stąd bardzo ważne jest, żeby zachować pamięć o tym, co było. Patrząc na ostatnie wydarzenia i dyskusje jakie toczą się na temat antysemityzmu i rasizmu, myślę, że decyzja o ponownej publikacji nieocenzurowanej wersji „Pięciu lat kacetu” była jak najbardziej właściwa.

Dodaj komentarz