Lektury nadobowiązkowe #1

Marzec pod kątem czytelniczym okazał się dość dobrym miesiącem. Udało mi się przeczytać całe dwie książki i zacząć kolejną. Wiem, że nie jest to imponujący wynik, ale dwa to zawsze więcej niż nic, a dla mnie samej to dowód na to, że pomimo wielu obowiązków, jestem w stanie znaleźć chwilę na czytanie. Nie ukrywam, że podniosło mnie to na duchu i pozwoliło kreślić czytelnicze plany na kolejne tygodnie. Czas pokaże jak długo uda mi się utrzymać ten radosny nastrój, ale patrząc na moje literackie zapasy, nie wygląda na to, by motywacja miała mnie opuścić. A teraz krótkie czytelnicze podsumowanie marca.

„Konformista”, Alberto Moravia

Alberta Moravię lubię przede wszystkim dlatego, że bez względu na to, czy pisze o tętniącym życiem Rzymie, czy o małej, górskiej wiosce położonej gdzieś w Kampanii, jak nikt inny potrafi oddać nastrój Włoch. Ogromna słabość do tego autora zrodziła się u mnie wraz z lekturą „Matki i córki” – pierwszą książką, którą w całości przeczytałam po włosku (tytuł oryginalny „La Ciocciara”), co do dziś jest dla mnie swoistym ukoronowaniem wielu lat nauki tego języka. Potem były jeszcze inne pozycje m.in. „Nuda” i „Pogarda”, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że Moravia wielkim pisarzem był. Niestety sam autor, mimo dużej popularności w czasach mu współczesnych, dziś jest praktycznie zapomniany, a znalezienie jego książek w polskich i włoskich księgarniach graniczy niemal z cudem.

Wracając do „Konformisty”, jest to powieść, której akcja rozpoczyna się w latach 20. ubiegłego wieku, kiedy to we Włoszech zaczyna kiełkować idea faszyzmu. Głównym bohaterem jest Marcello Clerici, którego w prologu poznajemy jako zagubionego, osamotnionego chłopca, nierozumiejącego swojego  zamiłowania do okrucieństwa i fascynację śmiercią. To właśnie lęk przed ciemną stroną swojej osobowości pcha dorosłego już Marcella w stronę tego, co uważa za zwykłe i normalne – w tym wypadku jest to małżeństwo z przeciętną dziewczyną i żarliwa praca na rzecz nowego ustroju. Marcello zostaje agentem faszystowskich służb i  przyjmuje zlecenie zabójstwa jednego ze swoich byłych profesorów. Pomimo że książka dotyka tematu faszyzmu, rozczaruje się ten, kto spodziewa się znaleźć w niej opowieść polityczną. „Konformista” zdecydowanie skupia się na postaci Marcella, jego definicji normalności i tych zdarzeniach, które doprowadziły go do ostateczności, jaką jest zabójstwo.

Ludzie normalni nie są dobrzy – pomyślał jeszcze – bo stale muszą płacić za normalność, świadomie lub nieświadomie, wysoką cenę, przykładając rękę do różnych spraw, zawsze niskich, nacechowanych głupotą, podłością, cynizmem, jeśli nie wręcz zbrodniczych.

Przyznam szczerze, że pomimo całej mojej miłości do autora „Konformisty”, historia Marcella mnie nie porwała. Czegoś w jego postaci mi zabrakło i mniej więcej od połowy książki czekałam na jej koniec, który, mimo że zaskakujący, jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Raczej nie najlepszy wybór na początek czytelniczej przygody z tym autorem.

„I była miłość w getcie”, Marek Edelman, Paula Sawicka

Myślę, że Marka Edelmana nie trzeba nikomu przedstawiać. Większość kojarzy z pewnością książkę Hanny Krall pt. „Zdążyć przed Panem Bogiem”, w której opowiada on autorce o udziale w powstaniu w getcie warszawskim oraz o okrucieństwie, które panowało za jego murami. Wiele z jego wspomnień pojawia się też w „I była miłość w getcie”, ale to, co różni ją od poprzedniej, to próba pokazania życia w getcie nie tylko z perspektywy skrajnych warunków, które w nim panowały. Marek Edelman przypomina, że mieszkańcy getta byli nie tylko ofiarami nazizmu (co jest przecież oczywiste), ale przede wszystkim ludźmi, w których życiu było miejsce na przyjaźń, pożądanie, czy tytułową miłość. Być może brzmi to patetycznie, ale przywoływane przez Edelmana historie znanych mu osób, pokazują, że w czasach, w których upodlenie człowieka było na porządku dziennym, to właśnie miłość była tą namiastką człowieczeństwa, która wielu trzymała przy życiu lub pozwalała godnie odejść.

Trzeba, żeby było powszechnie wiadome, jak żyli ludzie w tym zamkniętym półmilionowym mieście, a nie tylko, jak im odcinali głowy. Trzeba pokazać drugą stronę – człowieczeństwo, którego w tym nieszczęściu nie utracili. Wielkość ludzi w getcie polegała na tym, że w okrutnych warunkach umieli się zdobyć na miłość, umieli się oddać drugiemu człowiekowi.

To, co poruszyło mnie w tej książce najbardziej, to właśnie próba oddania Żydom z warszawskiego getta ich tożsamości, a nie tylko postrzeganie ich w kontekście zbiorowości. Wiele mówi się o zagładzie, nędzy i okrucieństwie, i jak najbardziej trzeba o tym pamiętać, ale zapomina się, że byli to przede wszystkim ludzie, którzy swoim życiem zasłużyli na coś więcej niż piętno ofiary. Myślę, że książka Marka Edelmana i Pauli Sawickiej przywraca w tej kwestii równowagę i skłania do wielu refleksji. Zdecydowanie polecam.

W micie getta trzeba pokazać poszczególnych ludzi, trzeba pokazać, co robili, jak żyli. Bo żyli nie tylko nędzą i głodem. (…) Bo były przecież i piękne rzeczy. Wyobraźcie sobie, że co wieczór na podwórkach czytano literaturę piękną. Czy to nie jest wspaniałe, że w warunkach gettowej nędzy co wieczór o godzinie ósmej, kiedy trwała godzina policyjna i zamykano bramy, przychodzili lektorzy, pisarze, żeby czytać swoje opowiadania zwykłym ludziom?

Dodaj komentarz