Just do it.

W tym roku zdecydowałam się nie tworzyć listy z noworocznymi postanowieniami. Powiem szczerze, że nie do końca wierzę w ich siłę sprawczą, mimo iż przyjęło się, że to co zapisane, ma większe szanse na spełnienie. Nie ma oczywiście niczego złego w tworzeniu takiej listy. W moim przypadku po prostu nie czułam takiej potrzeby. Nie oznacza to jednak, że nic nie postanowiłam. Wręcz przeciwnie, tyle tylko, że ten mój plan działania na 2018 rok jest niezwykle krótki i trudny zarazem, ale o tym za chwilę.

Chyba każdy kojarzy ten kultowy slogan jednej z najpopularniejszych marek sportowych – Just do it! Te trzy słowa mają mobilizować do przezwyciężania własnych słabości w dążeniu do celu. Ja postanowiłam wziąć sobie to krótkie zdanie trochę bardziej dosłownie i skupić się na samym działaniu, niekoniecznie na skutku czy określonym celu. Tego, czego brakowało (i wciąż brakuje) mi najbardziej, to właśnie tego jednego momentu, w którym od myśli przechodziłabym do działania. To te decydujące kilka sekund, w czasie których, postanawiamy coś zrobić lub odwrotnie, dochodzimy do wniosku, że nie ma to sensu.

Nie ukrywam, że i mnie w codziennym życiu dotyka prokrastynacja. Często taka, która pod pozornym lenistwem ukrywa lęk przed niepowodzeniem czy oceną innych. Poza tym to wygodny sposób na życie, bo odkładanie wszystkiego na później, to przecież wcale nie stwierdzenie, że tego nie zrobię. Zrobię to, ale we właściwym czasie. Właściwy czas to tak naprawdę tylko kolejna pułapka. Odkładamy życie na potem, wierząc, że nadejdzie ten magiczny „właściwy moment” na zmianę pracy, ślub, dziecko… Tak mijają sobie dni i tygodnie, które na koniec zmieniają się w lata.

Wracając do tematu postanowień, tego czego życzyłabym sobie na ten rok, to większej mobilizacji i odwagi do działania. Bynajmniej nie chodzi mi tu o podejmowanie głupich działań, które mogłabym podpiąć pod tą filozofię, ale raczej danie szansy tym pomysłom, które rodzą się w mojej głowie, a na które nie mam odwagi lub boję się tego, jak zostaną odebrane. Gdyby udało mi się być konsekwentną we wdrażaniu „Just do it!” w wielu aspektach życia, to nie miałabym potrzeby tworzenia innych postanowień. Dla przykładu, zamiast życzyć sobie wysportowanej sylwetki na ten rok i rozważać jak by się za to zabrać (czyt. porównywać oferty fitness klubów, szukać informacji o dietach i ćwiczeniach przez kolejne tygodnie), lepiej od razu założyć adidasy i pójść pobiegać, a więc tym samym być o jeden krok bliżej celu.

To tylko przykład, ale chciałam pokazać, o co mi dokładnie chodzi. Jeśli zacznę działać już dziś, to nie dam sobie czasu na te wszystkie wątpliwości i przemyślenia, które w efekcie blokują i podsuwają miliony pseudoracjonalnych przesłanek ku temu, żeby porzucić wszystko jeszcze w zarodku. Zbyt długie roztrząsanie wszystkich za i przeciw sprawia, że wszystko wydaje się być niemal niemożliwe do osiągnięcia. Często z perspektywy czasu okazuje się, że łatwiej uporać się z konsekwencjami swoich działań, niż zmusić się do ich rozpoczęcia. O ile same efekty naszych przedsięwzięć mogą być różne i zupełnie niezależne od nakładu naszej pracy, o tyle od nas zależy czy w ogóle do nich dojdzie. Zamiast być ciągle niezadowolonym ze swojego życia, może warto by czasem trochę zaryzykować i przyjąć inną postawę niż zazwyczaj. Z takim nastawieniem chciałabym przejść przez ten rok. Dam znać, czy wyszło z tego coś dobrego.

Podsumowując, jeśli uda mi się dotrzymać to jedno postanowienie, to bez problemu uporam się  z całą resztą niezrealizowanych, zeszłorocznych celów.

Dodaj komentarz