Dziesięć lat po maturze

Okres matur w pełni, a ja uświadomiłam sobie, że od mojej własnej minęło już dziesięć lat. Brzmi  to dość poważnie, biorąc pod uwagę fakt, że dziesięć lat to prawie jedna trzecia mojego dotychczasowego życia. Ciągle wydaje mi się, że mój rocznik dopiero co zdał maturę, dopiero co skończył studia i dopiero co zaczął stawiać pierwsze zawodowe kroki. W codzienności jakoś umknęło mi to, że dorosłe życie toczy się już od dekady i tak wiele się przez ten czas zmieniło.

Nie pamiętam zbyt dobrze własnej matury. Pewnie dlatego, że podchodziłam do niej z zapaleniem płuc i gorączką. Na całe szczęście nie wpłynęło to na jej ostateczny wynik, co głównie zawdzięczam serii zastrzyków w tylną część ciała, która złagodziła objawy na tyle, bym mogła przystąpić do egzaminów. Poza zdrowotnymi zawirowaniami nie pamiętam zbyt wiele. Nawet tego, czy bardzo się stresowałam, choć znając swoje podejście do życia, pewnie dobrze zdana matura była dla mnie kwestią życia lub śmierci. Z perspektywy czasu wiem, tak jak chyba każdy postmaturzysta, że sam egzamin dojrzałości to raczej taki duży sprawdzian, który w niczym nie umywa się do tego, czym jest sesja.

Gdy myślę o tym, jaka byłam dziesięć lat temu i jakimi rzeczami przejmowałam się na co dzień, to trochę żal mi samej siebie. Nastoletnie lata upłynęły mi w dużej mierze na niepewności. Uczyłam się dużo i myślałam, że dobrymi ocenami nadrobię brak wiary w siebie – w niektórych momentach to nawet działało, ale bądźmy szczerzy, uzależnienie poczucia własnej wartości od ocen, samo w sobie jest słabe. Poza tym kompletnie nie miałam pojęcia, czym chcę się zajmować w życiu i chcąc mieć za sobą wybór kierunku studiów, postawiłam na fizykę, w której zawsze byłam dobra, ale nie była to moja pasja. Czasem myślę o tym, co by było, gdybym z obecną wiedzą cofnęła się do tych lat. Być może przeszłabym przez liceum z innym nastawieniem i w efekcie dokonałabym całkiem innych wyborów? Kto wie, może teraz spełniałabym się w zupełnie innej dziedzinie, a być może los poprowadziłby mnie tak, że ostatecznie znalazłabym się w tym samym miejscu, w którym jestem teraz?

Gdybym jednak jakimś cudem, na wzór filmów z lat osiemdziesiątych, mogła przenieść się w czasie i miałabym możliwość spotkania dziewiętnastoletniej wersji siebie, to dałabym ówczesnej Magdzie kilka rad. Przede wszystkim, żeby nie martwiła się tymi głupimi ocenami, a skupiła raczej na tym, by dowiedzieć się, co naprawdę chce robić w życiu. Bez sensu była cała ta gonitwa za wynikami, bo w ogólnym rozrachunku na niewiele się one przydały. Gdybym od razu tak do tego podeszła, może dziś, u progu trzydziestki, nie zastanawiałabym się wciąż nad tym, czym chciałabym się zajmować.

Przydałoby się też trochę więcej wiary w siebie – wbrew temu, co myślała Magda sprzed dziesięciu lat, jej opinie były całkiem mądre i nie było obaw, że ich upublicznienie wiązałoby się z ośmieszeniem. Przeświadczenie o tym, że nie mam nic interesującego do powiedzenia, trochę się za mną ciągnęło, co w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością, przez dość długi czas było kłopotliwe i nawet nie chcę myśleć o tym, ile ciekawych rzeczy mnie przez to ominęło.

Myślę też, że dziewiętnastoletnia Magda niepotrzebnie martwiła się swoim życiem uczuciowym. Trochę z zazdrością słuchałam opowiadań moich koleżanek, bo mnie romantyczne historie w ogóle się nie zdarzały – z resztą byłam tak pochłonięta nauką, że nawet gdyby coś takiego miało miejsce, pewnie nawet bym tego nie zauważyła. Ówczesna ja byłaby szczęśliwa, wiedząc, że za kilka lat spotka miłość swojego życia i przeżyje bardzo romantyczną historię.

Na koniec doradziłabym jej, żeby cieszyła się swoim pobytem w domu, bo już zawsze będzie jej go brakowało, a z każdym rokiem okazji do odwiedzin będzie coraz mniej. Pamiętam, że od zawsze chciałam wyjechać na studia do dużego miasta. Przedtem nie znałam wiele ponad mój mały Stargard i wyjazd do Krakowa był podniecającą perspektywą. W tamtym momencie nie zdawałam sobie sprawy, że opuszczając dom, wyjeżdżam już na zawsze. Teraz mogę jedynie zadowolić się trzydziestoma dniami urlopu, który sprawiedliwie dzielimy między Polską a Włochami, tak żeby każde z nas miało okazję pobyć trochę z rodziną.

Mimo wszystkich moich nastoletnich niepewności i wątpliwych decyzji sądzę, że wyszłam jakoś na ludzi. Podsumowując, w ciągu ostatniej dekady udało mi się: skończyć studia, mieszkać w kilku krajach, znaleźć pracę i co chyba najważniejsze, poznać i poślubić wspaniałego mężczyznę. Chyba całkiem nieźle jak na dziesięć lat?

Dodaj komentarz