Być jak Rocky Balboa

Z racji tego, że ostatnie dni były dość ciężkim powrotem do rzeczywistości po prawie dwutygodniowym urlopie w Polsce, potrzebowałam niewymagającej rozrywki, która odciągnęłaby moje myśli od tęsknoty za domem i nawałem obowiązków w pracy. W tych okolicznościach padło na trzecią część Rocky’ego. Ok, zgodzę się, że film mało ambitny, ale nie da się ukryć, że już kultowy i po miłym zaskoczeniu pierwszą i drugą częścią, kontynuuję swoją przygodę z całą serią. Po historię Rocky’ego sięgnęłam dopiero teraz, bo filmy tego typu zawsze mnie odrzucały. Ciężko było mi sobie wyobrazić, że może być coś ciekawego w bijących się po gębach, spoconych facetach. A jednak.

Trzecia część Rocky’ego opowiada historię boksera w momencie, kiedy odnosi swoje największe sukcesy. Jest niekwestionowanym mistrzem boksu, dorabia się dość sporej fortuny, a po walkach wiedzie szczęśliwe, rodzinne życie. Jednym słowem sielanka.  Ale jak to w życiu bywa, nic nie trwa wiecznie, bo na horyzoncie pojawia się żądny sukcesu, młody bokser, który wyzywa na pojedynek mistrza ringu. Rocky przekonany o swojej formie podchodzi do walki bez lęku, mimo że jego trener cały czas daje mu do zrozumienia, że nie należy lekceważyć przeciwnika. Co więcej, otwarcie mówi mu, że dotychczasowi rywale nie byli tak silni i może mieć poważne problemy z wygraniem tej walki. Słowa trenera okazują się prorocze i Rocky zostaje pokonany, tracąc jednocześnie tytuł mistrza. Gorzki smak porażki i chęć rewanżu mobilizują zdetronizowanego króla ringu do pracy, ale nie obywa się też bez momentów zwątpienia. Historia dość banalna i pewnie każdy wie, jak się kończy, więc nie powinnam być oskarżona o spoiler. Oczywiście Rocky podnosi się po upadku i wszystko kończy się tak jak powinno, czyli szczęśliwie.

Nie chciałabym tu rozwodzić się nad samym filmem, bo to kwestia gustu, ale pojawia się w nim jedna scena, która zrobiła na mnie duże wrażenie i skłoniła do napisania tego tekstu. Przedstawia ona Rocky’ego podczas treningu na plaży, który w pewnym momencie po prostu się zatrzymuje. Kiedy jego żona chce się dowiedzieć, co się stało, wyrzuca jej z żalem, że przez tyle lat żył w przekonaniu, że jest najlepszy w tym co robi, a tymczasem przegrał tak ważną walkę. Czuje się oszukany i stawia pod znakiem zapytania całą swoją dotychczasową karierę. Jednym słowem stracił wiarę w swoje umiejętności i w to kim do tej pory był. Nie liczyły się już uczciwie wygrane dotąd walki, tylko ta ostatnia, przegrana. To właśnie w tym momencie Rocky wydał mi się tak bardzo ludzki i bliski, bo ileż to razy wątpimy w siebie? Ile razy jedno niepowodzenie przekreśla w naszych oczach wszystko to, co do tej pory zrobiliśmy, odbiera nam wiarę w siebie i chęci do kolejnych prób? Sama pamiętam czasy, kiedy studiowałam fizykę i dołowałam się swoimi wynikami. Byłam przyzwyczajona do dobrych ocen i czułam się pewnie zarówno w matematyce, jak i fizyce, stąd jakie było moje zaskoczenie, że pomimo intensywnej nauki, nie widziałam żadnego przełożenia na moje wyniki. Później było już tylko gorzej, bo uwierzyłam w to, że do fizyki się nie nadaję, mimo że w liceum miałam na koncie kilka sukcesów w różnych konkursach i olimpiadach fizycznych. Koniec był taki, że po pierwszym roku studiów zrezygnowałam. Teraz z perspektywy czasu wiem, że poddałam się za szybko. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że liczyłam wtedy jakieś dwadzieścia wiosen i mimo że we własnym mniemaniu byłam już dorosła, kompletnie nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, więc najłatwiej było zrezygnować. Summa summarum nie była to jednak najgorsza decyzja, bo później przytrafiło mi się wiele ciekawych zdarzeń, które pewnie nie wydarzyłyby się, gdybym nie zmieniła kierunku studiów.

Wracając do zwątpienia, to często jest z nim tak, że na początku dotyczy całkiem błahych spraw, żeby w efekcie przeistoczyć się w poważny problem egzystencjalny. Prawie każde potknięcie, przy odrobinie „dobrej woli” można przekłuć w prawdziwy dramat. Ile razy jeden błąd w pracy daje nam poczucie, że się do niej nie nadajemy? Albo jakaś mała stłuczka, która od razu w naszym oczach czyni nas najgorszymi kierowcami świata, przez co za żadne skarby świata nie usiądziemy już za kierownicą? Przykłady z życia codziennego można by mnożyć i pewnie każdy znalazłby tu coś dla siebie. I właśnie w tym momencie znowu przydaje się Rocky. W scenie, którą opisałam wcześniej, po wyrzuceniu z siebie całego żalu, bohater wstaje, biegnie dalej i w efekcie swojej ciężkiej pracy wygrywa walkę, która przywraca mu wiarę w siebie. Czasem po prostu trzeba być jak Rocky, pozwolić sobie na chwilę zwątpienia, a potem zacisnąć zęby i pokonać przeciwnika.

Dodaj komentarz